Rano po nocy.
Szarpnął hamulec awaryjny. Lecą ludzie. Dzieci wypadają z wózków i toczą się po podłodze. Tylko niepełnosprawni z narządu ruchu kończyn dolnych mają silne ręce - trzymają koła i jadąc do tyłu niwelują siłę popychającą ich w przód. Stoją w miejscu, jakby szli pod wiatr. Właśnie myślałam o tym, że ludzie są jak członki jednego człowieka. Osobni, ale połączeni częścią wspólną. Złożyli się, jak te ręce do modlitwy, całymi ciałami. Po chwili już nic, nic nie było. Przeprosiny i przekleństwa, szukanie dzieci pod fotelami -gdzie one się potoczyły? I już nic, już nic, już dobrze. Na torach leży płaski pies, płacze motorniczy. Czasem aż trudno spojrzeć rozmówcy w oczy, taki jest podobny. Można łatwo pomylić własne odbicie z kimś drugim. Rano, na wpół we śnie, liczę nogi i ręce. To co nad i to co pod łokciami i kolanami, powinno dać razem osiem odcinków, wyznaczonych przez długie kości. Nie raz mi się zdawało, że jest dziesięć, nawet szesnaście. Czasem, że tylko pięć, sześć.
Przez gąszcz majowych chrabąszczy
Maczetą toruję drogę
Chrzęszczą pokrywy pod moimi stopami
Buczy i brzęczy w głowie
Czułki łaskoczą najmiększe tkanki
Pod kolanami i przy łokciach
A każdy haczyk owadziej nogi
Podważa nanometr paznokcia
No to jedziemy
W ciemność. Na ulicę Wieczystą
Autobusem linii 124.
Patrzą na mnie zdziwieni
Ludzie, którzy się znają z widzenia,
Z wysiadania.
Brzegiem siebie ledwie
Zasiedlam siedzenie.
Coraz mniej świateł.
Bilet jak opłatek
Na języku kasownika.
Odliczam przystanki
-Ważny jest ostatni.
W połaciach nawłoci nurzają się dzieci
Tak żółto, że jasno,
Choć słońce nie świeci
I wiecie
Niebo nisko, tak blisko,
Że klaustrofobicznie
To wszystko
Przeraża
Cumulonimbus
Się kłębi,
Jak stado gołębi
Są wzgórza,
Lecz w głębi
Cień skrył ich podnóża
Powietrze
Jak w pędzącym metrze
Będzie burza
Tulimy ciepłe
Się wtulamy w miękkie
Włosy wszędzie
Na ciele
Wąchamy ciepłe
Pachnie tylko sobą
Lekko
I powietrzem
Głaskamy miłe w dotyku
Pyszne uszy
Te wszystkie takie
Gładkie
I tak codziennie zawsze

